Strona główna  
Strona główna
      Index / Na wiatr  
   

rodacy na obcych morzach
23.01.2006 | Artur Wilkin | | Wyślij artykuł | Drukuj


Morze Śródziemne nie jest nam już obce. Jachty, na których żeglujemy, nie odbiegają standardem od tego, na czym pływają inni. Czarterowane przez Polaków Bavarie, Oceanisy i inne komfortowe jednostki pozornie wyróżniają się tylko powiewająca pod salingiem biało-czerwoną banderką...

Polscy żeglarze nie są w rejonach morza Śródziemnego grupą nieznaną. W kraju nieustannie dyskutuje się, co wolno, a czego nie i jak powinna się szkolić brać spod żagla. Egzaminy, patenty, ustawy, certyfikaty... Wielka zorganizowana machina, która służyć ma zwiększaniu bezpieczeństwa na wodzie i przekazywać dobre wzorce postaw ludzi morza. Ponieważ towarzyszy nam od lat, jesteśmy do niej przywiązani i często traktujemy „nasze żeglarstwo”, jako formę wyższą od tego, co prezentują swoim kunsztem zachodni i południowi współużytkownicy morskich szlaków.

Mały port na jednej z greckich wysepek. Załogi luźno porozrzucanych przy nabrzeżu jachtów gospodarują swoim wolnym czasem zgodnie ze śródziemnomorskim rytmem. Jedni sprawdzają, czym lokalne tawerny różnią się od tych, które poznali wcześniej. Pasjonaci starych kamieni wyruszają na poszukiwania architektonicznych świadectw historii. Jeszcze inni po prostu cieszą się słońcem i błękitem. Dla każdego cos miłego. Co najważniejsze, nikt tu nikomu nie przeszkadza i nie działa na nerwy. Rzadkie posezonowe zjawisko, kiedy żeglarze traktowani są przez miejscowych, jak goście, a nie natrętni najeźdźcy w stylu: „uśmiechajmy się do nich, bo mają pieniądze”. Zatoka jest głęboko wcięta w wyspę i skutecznie chroni przed północnymi podmuchami meltemi.

Do tej sielankowej atmosfery dołączają jeszcze dwa jachty. Już z daleka rzucają się w oczy duże kolorowe flagi z logo klubu, czy innej organizacji. „Rodacy”- powiedział ktoś z mojej załogi. Rzeczywiście. Kiedy podpłynęli na tyle blisko, żebyśmy mogli usłyszeć głosy z pokładu, nie było już wątpliwości.

Zadziwiające, że obywateli kraju, który od wielu stuleci własną mową odróżnia się od gęsi, tak łatwo rozpoznać po wtrąceniach natury iście łacińskiej. Czyżby jakaś nieuświadomiona tęsknota za średniowieczem? Polscy żeglarze. Na wielkich powiewających płachtach odczytujemy nazwę klubu. Jakaś „turbo eskadra”, „pała-team”, czy „paczka Zenka”. Dużo krzyku przy podejściu do nabrzeża ( „popatrzcie, ale se ..(łacińskie wtrącenie)..poparkowali! A gdzie..(znów łacina).. miejsce dla nas? ). Po podaniu cum na ląd towarzystwo nerwowo wypada ze swoich krążowników. Cały port wie już o tym, że ma nowych gości. Nastrój idealnej symbiozy gdzieś się jakby ulotnił, a pozostało uczucie, jakiego doznają dzieci, gdy jakiś niesforny chłopiec wchodzi do piaskownicy i psuje im babki.

 
 

Jeden z rodaków podchodzi do mnie i zadaje jakieś pytanie. Chyba już kiedyś gdzieś w kraju rozmawialiśmy ze sobą. Być może mnie rozpoznaje. Czy to z zażenowania, czy z czystej przekory, nie chcę przyznawać się do tego ziomkostwa. Ku swojemu zdziwieniu, niemal odruchowo odpowiadam „sorry, english only”. Żeglarz przez chwilę patrzy na mnie, jakby zdziwiony, po czym przechodzi na sugerowany język.

Włócząc się po wyspach spotykaliśmy się jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem swoim entuzjazmem w zaznaczaniu swojej obecności wprawiali nas w podziw. Długo nie wierzyłem, że usłyszę na południu legendarne „Sokoły”, czy równie wyeksploatowanych „Czterech Pancernych”. A jednak. Dotychczas sądziłem że takie rzeczy zdarzają się tylko w opowieściach co bardziej złośliwych żeglarzy, jednak po kolejnym utworze rozpoznawaliśmy już każdy z wielu wymieszanych głosów. Nie było to zresztą specjalnie trudne, bo każdy śpiewał we własnym tempie i tonacji. Pamiętam, że po jednym wieczorze miałem nawet pretensje do Jurka Porębskiego, za to że dał im tak potężny oręż do walki z ciszą nocną, jak „keja”, czy „cztery piwka”.

Ostatnie spotkanie miało miejsce w powrotnym samolocie linii „juhuuu-wings” (nazwa zmieniona celowo, dla zapewnienia anonimowości uczestników lotu). W tej wesołej maszynie która co tydzień zabiera z Aten do Katowic załogi polskich jachtów, porzuciłem już głupawą manierę nie przyznawania się do własnej narodowości. Ci, którzy dzień wcześniej głośno skomentowali moją decyzję wyłożenia odbijaczy na burtę, którą podjąłem obserwując ich manewry kotwiczenia w zatoce, mieli trochę zdziwione miny. Tak to zwykle bywa, kiedy myślimy, że skoro jesteśmy za granicą, nikt nie rozumie naszych przekleństw.

W samolocie miała miejsce ostatnia prezentacja możliwości towarzyskich naszych „przyjaciół”. My już właściwie się przyzwyczailiśmy, jednak stewardessy nie miały łatwego życia. Na pewno przechodziły wcześniej szkolenia z zakresu obsługiwania trudnych pasażerów, jednak lekko podpity żeglarz, co i raz z zapałem wyrażający podziw dla ich wdzięków to coś, czego raczej nie przerabiały. Ponieważ latają regularnie na tej linii, powinny chyba dostawać jakiś dodatek za pracę w szkodliwych warunkach. Jeśli za podstawę przyznania świadczeń nie można przyjąć nadmiernego stężenia męskich hormonów na pokładzie (ciekawe, co na to organizacje feministyczne?), to konieczność przepychania wózka z napojami wśród stale kręcących się po samolocie pasażerów, musi być gorsza niż niejedna kopalnia.

W tej atmosferze ponadnormatywnie wesołego autobusu, wraz z załogą cichutko poprosiliśmy o kubki z lodem, w których przyrządziliśmy sobie po drinku. Ouzo w połączeniu ze sprite’em poprawiło nieco humory i pozwoliło zdystansować się do wszystkiego, co dzieje się w samolocie. W przypływie pozytywnych emocji zapytałem pasażera siedzącego obok, o czas przylotu do Katowic. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział „sorry, english only”. Wcześniej rozmawiał po polsku ze stewardessą.
 
Powyższy tekst nie miał nikogo obrazić, a kierowanie go do wszystkich żeglarzy byłoby wielką niesprawiedliwością. Stanowi jedynie próbę zwrócenia uwagi na fakt, że polski jachting na obcych wodach jest już zjawiskiem masowym (ilu Polaków pływa po Adriatyku, a ilu na naszym wybrzeżu?) i jako taki kształtuje wizerunek w podobny sposób, jak słynny hydraulik. Żeglując za granicą, pamiętajmy, że patrzą na nas ludzie, którzy robią to już od wielu lat. Trochę pokory z naszej strony powinno sprawić, że zobaczą w nas kompanów do zaproszenia na drinka, a nie rozkrzyczanych neofitów, legitymujących się wszelkimi możliwymi patentami. Żeglujmy i nie róbmy bydła. Bo morze jest piękne.


fot. Artur Wilkin
 
 
 



 
 


   

 
  Linki sponsorowane
 
 
 
 
 
      Index / Na wiatr    
     
  Copyright © 2002-2009 Magazyn Wodniaków Port21.pl
Redakcja Port21.pl | Reklama w internecie | Photo Stock | Promocja regionów i turystyki | Projektowanie stron
Projektowanie stron i pozycjonowanie stron 
     
Spis treści Redakcja Technika Listy Cała naprzód Galeria English version Port21.pl Hot news Encyklopedia Na wiatr Czartery Mesa Pomoce nawigacyjne Porady