Jeden z rodaków podchodzi do mnie i zadaje jakieś pytanie. Chyba już kiedyś gdzieś w kraju rozmawialiśmy ze sobą. Być może mnie rozpoznaje. Czy to z zażenowania, czy z czystej przekory, nie chcę przyznawać się do tego ziomkostwa. Ku swojemu zdziwieniu, niemal odruchowo odpowiadam „sorry, english only”. Żeglarz przez chwilę patrzy na mnie, jakby zdziwiony, po czym przechodzi na sugerowany język.
Włócząc się po wyspach spotykaliśmy się jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem swoim entuzjazmem w zaznaczaniu swojej obecności wprawiali nas w podziw. Długo nie wierzyłem, że usłyszę na południu legendarne „Sokoły”, czy równie wyeksploatowanych „Czterech Pancernych”. A jednak. Dotychczas sądziłem że takie rzeczy zdarzają się tylko w opowieściach co bardziej złośliwych żeglarzy, jednak po kolejnym utworze rozpoznawaliśmy już każdy z wielu wymieszanych głosów. Nie było to zresztą specjalnie trudne, bo każdy śpiewał we własnym tempie i tonacji. Pamiętam, że po jednym wieczorze miałem nawet pretensje do Jurka Porębskiego, za to że dał im tak potężny oręż do walki z ciszą nocną, jak „keja”, czy „cztery piwka”.
Ostatnie spotkanie miało miejsce w powrotnym samolocie linii „juhuuu-wings” (nazwa zmieniona celowo, dla zapewnienia anonimowości uczestników lotu). W tej wesołej maszynie która co tydzień zabiera z Aten do Katowic załogi polskich jachtów, porzuciłem już głupawą manierę nie przyznawania się do własnej narodowości. Ci, którzy dzień wcześniej głośno skomentowali moją decyzję wyłożenia odbijaczy na burtę, którą podjąłem obserwując ich manewry kotwiczenia w zatoce, mieli trochę zdziwione miny. Tak to zwykle bywa, kiedy myślimy, że skoro jesteśmy za granicą, nikt nie rozumie naszych przekleństw.
W samolocie miała miejsce ostatnia prezentacja możliwości towarzyskich naszych „przyjaciół”. My już właściwie się przyzwyczailiśmy, jednak stewardessy nie miały łatwego życia. Na pewno przechodziły wcześniej szkolenia z zakresu obsługiwania trudnych pasażerów, jednak lekko podpity żeglarz, co i raz z zapałem wyrażający podziw dla ich wdzięków to coś, czego raczej nie przerabiały. Ponieważ latają regularnie na tej linii, powinny chyba dostawać jakiś dodatek za pracę w szkodliwych warunkach. Jeśli za podstawę przyznania świadczeń nie można przyjąć nadmiernego stężenia męskich hormonów na pokładzie (ciekawe, co na to organizacje feministyczne?), to konieczność przepychania wózka z napojami wśród stale kręcących się po samolocie pasażerów, musi być gorsza niż niejedna kopalnia.
W tej atmosferze ponadnormatywnie wesołego autobusu, wraz z załogą cichutko poprosiliśmy o kubki z lodem, w których przyrządziliśmy sobie po drinku. Ouzo w połączeniu ze sprite’em poprawiło nieco humory i pozwoliło zdystansować się do wszystkiego, co dzieje się w samolocie. W przypływie pozytywnych emocji zapytałem pasażera siedzącego obok, o czas przylotu do Katowic. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział „sorry, english only”. Wcześniej rozmawiał po polsku ze stewardessą.
Powyższy tekst nie miał nikogo obrazić, a kierowanie go do wszystkich żeglarzy byłoby wielką niesprawiedliwością. Stanowi jedynie próbę zwrócenia uwagi na fakt, że polski jachting na obcych wodach jest już zjawiskiem masowym (ilu Polaków pływa po Adriatyku, a ilu na naszym wybrzeżu?) i jako taki kształtuje wizerunek w podobny sposób, jak słynny hydraulik. Żeglując za granicą, pamiętajmy, że patrzą na nas ludzie, którzy robią to już od wielu lat. Trochę pokory z naszej strony powinno sprawić, że zobaczą w nas kompanów do zaproszenia na drinka, a nie rozkrzyczanych neofitów, legitymujących się wszelkimi możliwymi patentami. Żeglujmy i nie róbmy bydła. Bo morze jest piękne.