 |
Zapraszamy na spotkania z redaktorami i autorami współpracujacymi z Magazynem Wodniaków www.port21.pl w dniach 17-19 listopada na VIII targach Boatshow w Łodzi. Szczegóły na początku listopada na łamach www.port21.pl |
Było dość pochmurno, za to wiatr z dużo lepszego kierunku - pełny bajdewind. Zaskakująco silny przybój nie znajdywał wytłumaczenia w warunkach wiatrowych. Widocznie z północy znowu nadciągnęła martwa fala...
Postanowiliśmy odejść na żaglu, wykorzystując siłę wiatru. Pomysł był dobry, tylko wybraliśmy niewłaściwy hals. Wiatr przeważnie - i w tym wypadku też tak było - nie wieje idealnie z tego samego kierunku, z którego nadciągają fale. Na jednym z halsów można gładko przejść przybój pod żaglem. Co innego na drugim halsie - albo nie pracuje żagiel, albo płyniemy burtą do fali. Namęczyliśmy się więc trochę, zupełnie niepotrzebnie, z pokonywaniem niewielkiego w sumie przyboju. Potem zaś pociągnęliśmy w stronę bliskiego falochronu w Kołobrzegu.
PJOA nie chciał płynąć ani szybko, ani ostro. Martwa fala z baksztagu nakładała się ze świeżą, krótką z bajdewindu, do tego dochodziły interferencje zza falochronu - a wiatr nie był na tyle silny, żeby zapewnić nam w tych warunkach dość szybkości. Janusz musiał sięgnąć po "broń ostateczną" czyli pagaj. Trochę sterował, trochę wiosłował, żeby dodać nam nieco szybkości.
Za falochronem łódź odzyskała trochę wigoru i sterowności. Nieco więcej wiatru, nieco mniej nakładających się fal, to wystarczyło dla normalnej żeglugi. Opłynęliśmy plaże w Kołobrzegu i Ustroniu Morskim, tym razem zamiast plażowiczom, machaliśmy lecącemu nisko nad wodą sportowemu samolotowi. W pewnym momencie żagiel przestał pracować, jego róg halsowy uniósł się wysoko. Odwiązał się hals! Najwidoczniej szarpanie na falach poluzowało węzeł. Ściągnięcie żagla do osi kadłuba, stanięcie w dryfie, zabranie luźnej halsliny z dziobu i przywiązanie jej na miejsce, ponowne wybranie żagla - wszystko to trwało może kilka minut. Innych awarii w czasie rejsu nie odnotowano.
Zbliżaliśmy się do cypla w Gąskach. Znowu powtórzyła się, ze szczegółami, historia sprzed Kołobrzegu: rozkołys przyhamował nas na tyle, że PJOA bez pomocy wiosła sterowego nie było w stanie iść ostrzej niż półwiatrem. Inna była tylko skala zjawiska - w międzyczasie urósł zarówno wiatr jak i fala. To, co widzieliśmy przed dziobem, również nie wyglądało zbyt przyjemnie. Przybój zaczynał się daleko przed cyplem, widać było wiele rzędów łamiących się fal.
W końcu było już pewne, że tym halsem nie ominiemy Gąsek w bezpiecznej odległości. Pozostawało dobić do brzegu i przeczekać, lub po prostu zrobić zwrot i nabrać wysokości. Wybraliśmy oczywiście to drugie. Na drugim halsie siedziałem na rufie z wiosłem sterowym i na własnej skórze czułem krnąbrność PJOA na tej fali. Trzeba było użyć całkiem sporej siły, żeby skłonić łódź do wyostrzenia.
Wreszcie jednak mieliśmy dość wysokości, żeby minąć cypel. I znowu historia się powtórzyła: bez interferujących fal i z nieco silniejszym wiatrem proa zmieniło się w żwawą, posłuszną i sterowną łódkę. Janusz mógł schować pagaj, łódź pięknie "chodziła za ręką" trzymającego szot. Można było pracować nim jak rumplem - ściągnięcie szota powodowało ostrzenie, a luzując go odpadało się od wiadru.