 |
Zapraszamy na spotkania z redaktorami i autorami współpracujacymi z Magazynem Wodniaków www.port21.pl w dniach 17-19 listopada na VIII targach Boatshow w Łodzi. Szczegóły na początku listopada na łamach www.port21.pl |
The middle of nowhere
Pomyślny wiatr utrzymał się następnego dnia, tyle że znacznie osłabł. Osłabła też fala, nie mieliśmy więc już takich kłopotów ze sterownością jak poprzedniego dnia. Ruszyliśmy w dalszą drogę powoli, ale jak się okazało, skutecznie pokonując kolejne mile.
Niewielka szybkość troszkę nas irytowała. Ten, który siedział na rufie, nie mógł się powstrzymać od wiosłowania. Z początku był to Janusz, później zamieniliśmy się miejscami. Z początku nie rozumiałem jego ochoty do przemęczania się, po chwili jednak sam chwyciłem za pagaj. Pomaganie łódce wiosłem było bardzo przyjemne - nie kosztowało zbyt wiele wysiłku, a zyskiwaliśmy na prędkości dobry węzeł, głównie dzięki dużo płynniejszemu ruchowi na fali.
W pewnym momencie zadzwonił telefon Janusza. Jakaś nie cierpiąca zwłoki sprawa zawodowa... Słyszę jak mówi do rozmówcy po angielsku:
-I'll call you later. Now I am in the middle of nowhere!
To było doskonałe określenie na naszą leniwą żeglugę. Byliśmy IN THE MIDDLE OF NOWHERE.
Kilkoma halsami obeszliśmy port w Darłówku. Za falochronem wiatr troszkę się rozdmuchał, wiosłowanie przestało być potrzebne.
-Zatrzymujemy się na obiad?
-E, płyńmy dalej. Może w Jarosławcu?...
 |
Nie zbliżając się więc zanadto do brzegu, wzięliśmy kurs bezpośrednio na cypel w Jarosławcu. Nauczeni doświadczeniem, opłynęliśmy go w przyzwoitej odległości od umacniających brzeg gwiazdobloków. Za cyplem dialog się powtórzył:
-Zatrzymujemy się na obiad?
-E, płyńmy dalej. Może zjemy herbatniki?...
Przejąłem szot, Janusz położył się na pomoście i wydostał paczkę ciasteczek z torby z zapasami. Po chwili byliśmy już pokrzepieni i gotowi do dalszej żeglugi.
Na słabnącym wietrze ciągnęliśmy w stronę Ustki. Ten etap musieliśmy pokonać bez przystanków, gdyż poligon wojskowy - chociaż otwarty dla żeglugi przez cały lipiec - nie stanowił zachęcającego miejsca do lądowania. Spojrzeliśmy na mapę - przed Ustką brzeg wyginał się na kształt płytkiej zatoczki. Istotnie, plaża oddalała się wklęsłym łukiem, a na horyzoncie majaczył ląd. Popłynęliśmy więc po cięciwie, osiągając (albo i przekraczając) przepisową granicę 2 mil.