| |
|
 |
|
dwóch panów w proa
część 7
27.10.2006 |
Krzysztof Mnich | | Wyślij artykuł | Drukuj
|
|
Kawaleryjska fantazja Rano wyjrzeliśmy z nadzieją spod plandeki. Wiatr jednak wiał równie silnie jak poprzedniego dnia, tyle że bardziej "w mordę". Fale były wprawdzie łagodniejsze, sklepione, ale z całą pewnością nie była to pogoda na dalszą turystykę plażową. Nie dopłyniemy do Łeby, że o Helu nie wspomnę. Koniec urlopu, koniec rejsu. Czekało nas jeszcze mozolne przenoszenie łódki do samochodu, kilkusetmetrowej długości przejściem. Najpierw przetransportowaliśmy bagaże, później zaś poszliśmy sobie do portu odwiedzić znajomych żeglarzy. Po drodze mijamy w awanporcie piękną pochylnię, zbudowaną ponoć dla okrętów desantowych, a obecnie używaną, jak się zdaje, przez miejscowy klub żeglarski. Szeroki slip, pokryty piaskiem, z dogodnym dojazdem z parkingu - wymarzone miejsce do wyciągnięcia proa. Spojrzeliśmy na siebie, potem na główki portu. Wiało dokładnie w główki, fala gładko wchodziła pomiędzy nimi. Powinno dać się wejść... Przejście przyboju przy plaży także wydawało się możliwe, przy sporej różnicy między kierunkami wiatru i fali.
Trzeba tylko załatwić formalności. Telefon do Edwarda, wspólna wizyta w kapitanacie portu u dyżurnego bosmana. Nie widzi przeszkód, spisał tylko dane łodzi. -Jaki port macierzysty? -Rejestrowana w Warszawie. -Yyyy... ale tutaj, nad morzem, jaki port?... -Gdziekolwiek, na każdej plaży, gdzie ją zwodujemy. -Dobrze, wpisujemy "żegluga plażowa". Tylko zameldujcie się w GPK. -Po co, przecież to rejs krajowy. -No tak, ale mogą się czepiać.
Oczywiście nie zameldowaliśmy się i nikt się nie czepiał. W każdym razie ze strony administracji morskiej mieliśmy błogosławieństwo. Po drodze zawiadomiliśmy jeszcze sympatycznego ratownika, że wypływamy, że tylko do portu i że wiemy co robimy. Później zaś Edward ustawił się z kamerą, a my - do roboty!
Miejsce naszego lądowania wypadało nieco zbyt blisko kamiennego mola, postanowiliśmy więc przepchnąć proa wzdłuż brzegu nieco pod wiatr. Wspólnie przeciągnęliśmy łódź przez pierwszą falę przyboju, potem w nieco spokojniejszym obszarze Janusz zaczął holować ją wzdłuż plaży. Mnie przypadło w udziale ciągłe wylewanie wody z kadłuba, bo nawet w dobrze wybranej odległości od brzegu przybojowe fale od czasu do czasu łamały się o naszą burtę.
W końcu osiągnęliśmy bezpieczną, jak się wydawało, wysokość. Zaknagowaliśmy koniec szota, tak żeby żagiel choć trochę ciągnął bez pomocy załogi, i wykręciliśmy na wodę. Janusz, doświadczony windsurfista, po mistrzowsku wybrał drogę przez przybój - z pięciu łamiących się jedna za drugą fal trafiła nas tylko ostatnia. W chwilę potem wypłynęliśmy już poza straszące po zawietrznej molo.
|
| |
|
|
| |
Odprężyłem się zupełnie, wydawało się, że najgorsze za nami. Siedziałem sobie na pierwszej ławeczce, Janusz na rufie, PJOA płynął raźnie do przodu, płynnie wspiął się na nadciągającą fale... i oczywiście dostał silny podmuch wiatru w żagiel, podbity przez falę pływak podniósł się wysoko...
Zdążyłem tylko położyć się na pomoście, co niewiele dało, i puścić szot, co nie dało już nic. Łódka wywróciła się. Leżała na burcie, zatrzymana w swym obrocie przez opór żagla i wypór drewnianych rejek. Pływak sterczał pionowo do góry. Janusz, wychowany na Finnie, już w czasie wywrotki przeszedł na burtę i balansował teraz, trzymając się rur pomostu. Ja miałem trochę dalej, zsunąłem się ze swojej ławeczki do wody i dołączyłem do balastowania nurkując pod kadłubem. Łódź próbowała wstać, ale wyraźnie przeszkadzał jej ciężki żagiel. -Zrzućmy żagiel, będzie lżej!
Po odknagowaniu fału proa natychmiast wstało, pozostawiając żagiel w wodzie. Wdrapałem się do środka i zacząłem wybierać wodę, podczas gdy Janusz wciągał nasz żagiel wraz z rejkami na pokład. W tym czasie fala obróciła łódź o 180 stopni, pływakiem na zawietrzną. Od strony portu zbliżał się natomiast kuter rybacki. Czyżby chciał nas ratować? Trochę się tego obawialiśmy, ale nie - widocznie wyczyny kite-surferów przytępiły wrażliwość tutejszych rybaków na wodne wariactwa. Kuter po prostu zaczął wydawać sieci, wprost w poprzek naszego kursu. Cóż, w takim razie my też będziemy bezczelni. Na wiosłach przepłynęliśmy przez sieć, biorąc chorągiewkę "okrakiem" między kadłub a pływak. Po raz kolejny cieszyliśmy się z zupełnie gładkiego dna, które pozwalało na takie przejścia. Zaraz za siecią postawiliśmy ponownie żagiel, wylewając przedtem z jego fałdów sporo wody. Zrobiliśmy też klar wszystkich lin - i obaj zaklęliśmy w duchu szpetnie. Szot był nadal zaknagowany. Mogłem go sobie puszczać do woli...
Tym razem usiadłem już ostrożniej - na drugiej ławeczce, a po chwili przesiadłem się na trzecią. Wiatr tężał, chwilami dochodził do "piątki". Proa wspinało się bez trudu na półtorametrowe, łagodne fale. Co jakiś czas zdarzała się jednak fala ostrzej zakończona, z której spadaliśmy dość energicznie. Za każdym razem łapaliśmy wtedy kilka wiader wody do kokpitu, Janusz więc przez cały czas wybierał ją czerpakiem. Ja zaś "powoziłem". Prawdę mówiąc, zdecydowanie wolałem swoją robotę. Pomost proa jest dość stabilną platformą, balastowanie na trzeciej ławce okazało się wystarczająco efektywne, łódka pięknie reagowała na pracę szotem, którą łatwo było zgrać z rytmem fali. Co innego na rufie - poczucie prędkości jest dużo silniejsze, koniec kadłuba miota się na falach we wszystkie strony, trzeba mocno się trzymać żeby nie wypaść... i pracować czerpakiem, walcząc z przemożną chętką porzucenia stanowiska i wyjścia na balast. To stanowisko wymaga stalowych nerwów. Byłem więc wdzięczny Januszowi, że po zwrocie przeszedł ponownie na rufę, zamiast zluzować mnie na balaście. Co prawda coraz mocniej odczuwałem zakwasy w przedramionach od pracy szotem, ale do portu powinno wystarczyć sił.
 |
Następny hals prowadził w kierunku nasady portowego falochronu, dopiero po dwu kolejnych zwrotach wyglądało na to, że znajdziemy się powyżej główek. Jednak PJOA szedł na wiatr dość tępo i leniwie. Co się dzieje? - rzut oka za rufę, ciągnęła się tam końcówka szota. -Janusz, zbierz szot z wody! Łódź natychmiast wyostrzyła i odzyskała wigor. Okazało się, że opór kilku metrów liny przy prędkości rzędu 10 węzłów zaczyna mieć istotne znaczenie.
Dokładnie przed główkami Janusz wyciągnął pagaj i przy jego pomocy odpadliśmy do fordewindu. Wymagało to dodatkowo podebrania gejtawy, żeby zmniejszyć efektywną powierzchnię żagla i wywoływaną przezeń nawietrzność. Łamiąca się fala pchnęła nas lekko w lewo, następna troszkę w prawo... i już byliśmy w awanporcie. Ktoś z zebranych na główce ludzi zaczął nawet bić brawo. Fakt, przejście przez falę na pełnych żaglach, wśród rozbryzgów wody, musiał wyglądać efektownie. Byliśmy w każdym razie zadowoleni - rejs skończył się bez niedosytu.
No i wreszcie - po udanym postawieniu proa - przestaliśmy bać się wywrotki!
fot. Krzysztof Mnich
|
| |
|
|
|
|
|