Port21.pl
Magazyn Wodniaków
Na wiatr
wycieczka inna niż zwykle część 2
Autor: Wojciech Zientara
01.03.2003
Po tygodniu żeglugi, w sobotnie popołudnie weszliśmy do St. George na Bermudach. W porcie około 200 m od kei silnik nagle zmniejszył obroty, a następnie stanął. Rzuciłem kotwicę i zaczęliśmy szukać uszkodzenia poganiani przez radio, gdyż celnicy chcieli już zakończyć pracę. Okazało się, że w wewnętrznym obiegu chłodzenia nie ma wody! Po jej uzupełnieniu doczłapaliśmy jakoś do kei i po odprawie znowu zajęliśmy się silnikiem. Wlewana do niego woda gdzieś znikała - nie było jej w zęzie, w wydechu (w Westerbeku kolektor spalin jest chłodzony wodą słodką), ani w oleju. Po dwóch dniach walki, rozebraniu paru elementów i wymianie kilku uszczelek ustaliliśmy, że gdy silnik pracuje, to wody nie ubywa, natomiast po jego zatrzymaniu - znika bez śladu. Powodem była dziura w wymienniku ciepła: słodka woda mieszała się z morską i po zatrzymaniu pompy wody spływała za burtę. Do końca rejsu przed każdym uruchomieniem silnika należało nalać do niego czajnik wody.
Przeczekaliśmy jeszcze niewielki sztorm, naprawiając w tym czasie uszkodzonego kliwra i w czwartek wyszliśmy na ocean rozpoczynając najdłuższy etap - 1800 mil do Azorów. Pomimo iż we wszystkich locjach piszą o przewadze wiatrów zachodnich, początkowo musieliśmy iść pod północno-wschodni wiatr o sile 5-6 B. Jacht zachowywał się jak klasyczny "przecinak", prawie każdą falę brał na pokład i w efekcie niemal wszystko na jachcie było mokre. SCAMP został zaprojektowany do regat, a nie turystyki. Przecieka więc różnymi otworami do lin regulujących ustawienie masztu i szotów oraz przez zejściówkę. Całe szczęście, że w środku przynajmniej nie chlapie. Na dodatek naderwał się róg szotowy kliwra. Przy silnym wietrze zdjęcie żagla z rolera jest trudne i niebezpieczne. Dopiero następnego dnia, gdy wiatr osłabł i skręcił na południe, zastąpiliśmy go fokiem sztormowym. Na tym żagielku SCAMP przy 3 B z pełnego bajdewindu robił 4 węzły! Naprawiony kliwer wrócił na maszt, a wiatr zmienił się na SW 5 B. Teraz (z kliwrem rozwiniętym do połowy) prędkość chwilami przekraczała 15 węzłów. Tego dnia uzyskaliśmy najlepszy przebieg dobowy w całym rejsie - 184 mile.
W środę 6 marca przeszedł front chłodny i wiatr się uspokoił, ale nie na długo. Po dwóch godzinach dmuchnęło 9-10 B z północy. W ostatniej chwili zmniejszyliśmy kliwra do ćwiartki, lecz niewiele to pomogło - oba GPS-y pokazały 23 węzły! Żaden z nas nie pływał nigdy tak szybko... Widok był wspaniały. Niestety, ta zabawa trwała tylko kilka godzin. Wiatr szybko się skończył i przez następne trzy dni zrobiliśmy "aż" 250 mil.
Udało nam się za to wypatrzyć dwa wieloryby przepływające około 100 metrów od
nas. Po tej miłej przerwie północny wiatr powrócił z nieco mniejszą siłą (6 B),
lecz znacznie zimniejszy. Zanotowaliśmy też kolejne straty: moczona stale antena
"Garmina 48" odmówiła współpracy i ponownie zaczął się pruć kliwer. Na szczęście
następnego dnia ukazała się na horyzoncie wyspa Faial i po kilku burzach o sile
do 8 B z baksztagu wieczorem zacumowaliśmy w Horcie.
 |
Od razu okazało się, że to nareszcie "normalna cywilizacja":
opłata za dobę postoju 10 euro, a nie 30 dolarów, prysznice czyściutkie pomimo
remontu (w USA były gorsze niż w Polsce), opłata za kąpiel 1,5 euro, ale
otrzymuje się mydło i ręcznik. Ponadto najsłynniejsza na świecie knajpa
żeglarska "Sport Cafe" i piwo w cenie takiej jak w Warszawie. Niestety, nie
udało się nabyć nowej anteny do GPS-a. Nie mieli nawet w magazynie w Lizbonie.
Trudno, do Anglii popłyniemy z jednym GPS-em. Robimy porządki pod pokładem, bo
na górze sztorm. Trzeciego dnia zerwało nawet reflektor radarowy z masztu.
Musimy czekać na flautę, bo trzeba założyć nowy, a przede wszystkim naprawić
kliwer. Dopiero po tygodniu zdechło na tyle, że można było zmienić kliwer na
genuę.
W sobotę 23 marca wyszliśmy z Horty, kierując się bajdewindem 5 B na Lizard
Point. Następnego dnia wiatr przeszedł na baksztag i osłabł do 1-2 B (jacht
wlecze się z prędkością "tylko" 3 węzły). Monotonię urozmaicają jedynie
przepływające nieopodal stadka delfinów. Przez radio porozumieliśmy się z
FRYDERYKIEM CHOPINEM. Idzie kursem równoległym, 150 mil na wschód od nas i też
nie ma wiatru. Dopiero w środę powiało - niestety, z północy i z siłą do 8 B.
Oczywiście, nie mogło się obejść bez awarii. Tym razem zablokował się lewy
kabestan szotowy. Rozebrano, naprawiono, złożono. Czwartek zaczął się podarciem
genui (trzeba było połowę zwinąć) i awarią sterownika autopilota - zaszkodziła
mu woda morska. Autopilot pracuje, ale nie można zmienić kursu. Trzeba w tym
celu wyłączyć mu zasilanie, ale wtedy konieczne będzie ręczne sterowanie.
Dopiero wieczorem założyłem drugiego autopilota. Jest to jednak stary model z
napędem koła przez pasek, który powyżej 6 węzłów się ślizga. Płyniemy pod
północny wiatr 7-8 B w kierunku Hiszpanii, a pech prześladuje nas nadal... W
piątek po południu woda wykończyła drugiego GPS-a. Zostały nam tylko dwa
kompasy, więc idziemy według zliczenia. Rozważamy wejście do Vigo. Na szczęście,
następnego dnia wiatr osłabł na tyle, że można zmienić genuę na kliwra.
fot. Patrycja Kwas i Bartosz Obracaj - Fotografia żeglarska/Sailing
photography www.obracaj.republika.pl
Artykuł pochodzi z Port21.pl - Magazyn
Wodniaków
http://www.port21.pl
redakcja@port21.pl
|