Port21.pl Magazyn Wodniaków

Na wiatr


wycieczka inna niż zwykle część 1
Autor: Wojciech Zientara
15.02.2003


W połowie stycznia zatelefonował kolega: "Trzeba przestawić jacht". Zwykle proponowane przez niego rejsy są przyjemnymi wycieczkami po ciepłych krajach, więc zgodziłem się bez wahania. Tym razem było jednak inaczej. Okazało się, że mamy we dwóch przeprowadzić jacht regatowy z Fort Lauderdale do Szczecina, i to jak najszybciej.

Tym sposobem 4 lutego polecieliśmy przez Londyn do Miami. Od siedmiu miesięcy jacht stał na kei w marinie River Bend. Zamieszkaliśmy w hotelu i dojeżdżając codziennie do mariny, przez tydzień przygotowywaliśmy SCAMPA do wodowania. Pierwsze dwa dni zajęło nam gruntowne mycie od wewnątrz i z zewnątrz. Następnie należało przenieść całe wyposażenie z kontenera, po drodze jeszcze je sprawdzając. Między innymi cały jeden dzień poświęciliśmy na przejrzenie 17 żagli SCAMPA (w tym 5 spinakerów). Pod koniec tygodnia zakupiliśmy prowiant na dwa miesiące podróży, a także śpiwory i karimaty oraz garnki, naczynia i sztućce, gdyż jacht pozbawiony był jakiegokolwiek wyposażenia hotelowego. W zakupach ogromnej pomocy udzielił nam mieszkający na Florydzie Witek Zamojski (młodszym czytelnikom znany jako autor piosenki "Umbriaga").

11 lutego jacht znalazł się wreszcie na wodzie. I tu pojawił się pierwszy kłopot: nie było dla nas miejsca w marinie. Po prostu SCAMP ze swoją szerokością ponad 4 metrów nie mieścił się między dalby. Próbowaliśmy stanąć longside do krótkiego nabrzeża, lecz tam z kolei było zbyt płytko. W rezultacie musieliśmy ustawić jacht między dalbami 5 metrów od kei i przechodzić po stojącym obok południowoafrykańskim keczu. Całe szczęście, że niemal wszystko załadowaliśmy na pokład przed wodowaniem.

Teraz trzeba było jeszcze skontrolować maszt, elektronikę i silnik - gdy jacht stał na lądzie było to niemożliwe. Maszt i silnik były w porządku, lecz niestety elektronika nie. SCAMP ma zestaw przyrządów (log, echosonda, wiatromierz) firmy "Ockam" z ośmioma wyświetlaczami na pokładzie i dwoma pod pokładem. Okazało się, że dwa pokładowe przyrządy nie działają, a dwa kolejne mają wyświetlacze LCD wypalone przez słońce. Jednak nie to było największym problemem. Zainstalowany na jachcie GPS/Loran "Northstar 800X" uparcie twierdził, że nie ma anteny. Ponieważ nie udało mi się znaleźć uszkodzenia, postanowiliśmy wezwać fachowców. Okazało się, że będzie to kosztowało 80 dolarów za godzinę pracy i nie ma żadnej gwarancji, że się uda, gdyż urządzenie ma już 15 lat. Zainstalowałem więc w nawigacyjnej prywatnego GPS-a "Garmin 48" z anteną wyprowadzoną na pokład (kadłub z włókna węglowego skutecznie blokował sygnał z satelitów), natomiast dla sternika i do sterowania autopilotem zakupiliśmy ręczny "Garmin 12", który został umieszczony na rufie. Kolejną niespodziankę sprawiły nam akumulatory, które nie dały się naładować przez dwa dni. Dokładniejsze sprawdzenie wykazało, że mają one już 4 lata. Ta z pozoru prosta sprawa kosztowała nas kolejne pół dnia - z powodu niewielkiej szerokości skrzyni trzeba było szukać nowych akumulatorów tego samego typu.


W tym czasie mieszkaliśmy już na jachcie. Codziennie o 17 musieliśmy przerywać pracę, przychodził bowiem do nas poznany kilka dni wcześniej Polak z Kanady, Jurek Radłowski i wyciągał nas na obiad przygotowany przez jego żonę, Ewę. Nie pomagały żadne wykręty - Jurek był nieubłagany. Aby się choć trochę zrewanżować, pomagaliśmy mu w taklowaniu jego jachtu: pięknego 15-metrowego kecza o nazwie GDAŃSK

W czwartek 14 lutego SCAMP był gotowy do drogi, ale przecież nie można zacząć rejsu w piątek. Poświęciliśmy więc ten dzień na relaks i dopiero w sobotę około 9 oddaliśmy cumy, rozpoczynając podróż do Europy. Początkowo płynęliśmy rzeką mijając cztery podnoszone mosty. Około południa wyszliśmy na morze, witani półwiatrem o sile 3 B. Najpierw rozwinęliśmy kliwra, na którym jacht osiągnął 6 węzłów. Nie znając dobrze jachtu, postanowiliśmy postawić grota z dwoma refami. Wkrótce potem przyszedł szkwał o sile 5-6 B z deszczem. Jak w piosence Poręby "przechył na prawo i burta wgryzła się w fale". Lekko przekroczyliśmy 12 węzłów, lecz woda dochodziła do nadbudówki. Rzuciliśmy się zrzucać grota zapominając, że nie ma on pełzaczy, lecz liklinę. W rezultacie niemal cały żagiel znalazł się za burtą. Po godzinie, całkowicie przemoczony postanowiłem nigdy więcej nie stawiać grota.

Poza wspomnianym incydentem z grotem pierwszy etap z Florydy na Bermudy przebiegał spokojnie. Początkowo wiatr był niezbyt korzystny - N-NE 4-6 B, lecz po dwóch dniach osłabł do 3-4 B i przeszedł na S, a następnie SW. Wykorzystaliśmy ten spokój na lepsze poznanie jachtu, gdyż żaden z nas nie pływał wcześniej na takim regatowym "wynalazku". Ciekawym przeżyciem był niedzielny obiad. Rysiek postanowił przygotować kurczaka. Wyciągnął więc puszkę z namalowanym na niej apetycznym korpusem kury i napisem "rosół"... I tu konsternacja - puszka zawierała wyłącznie tłustą wodę, a mieliśmy tego trzy zgrzewki. Wściekły kuk skomentował to słowami "kolejne amerykańskie oszustwo".

 

fot. Patrycja Kwas i Bartosz Obracaj - Fotografia żeglarska/Sailing photography www.obracaj.republika.pl





Artykuł pochodzi z Port21.pl - Magazyn Wodniaków
http://www.port21.pl
redakcja@port21.pl
Design by: www.meyes.pl