Strona główna  
Strona główna
      Index / Porady szkutnicze  
   

moja łódka – czyli zwierzeń szaleńca c.d. część 19
13.01.2010 | Piotr Targowski | | Wyślij artykuł | Drukuj


Mija drugi rok mojej nowej pracy i trzeci rok mieszkania w nowym miejscu. Oba te fakty to pewnie kiepskie tłumaczenie znikomych postępów w budowie łodzi. Nie, żebym się tłumaczył, ale oba te fakty w sposób fundamentalny i do tego pozytywny wpłynęły na moje życie. A ponieważ w naturze musi być równowaga, więc ucierpiała na tym moja łódka. Wcześniej łódkę miałem przy domu, teraz dojazd zabiera mi pół godziny. Wcześniej w robocie nie wiedziałem jak zabić nudę, teraz ucieka mi dzień za dniem, nawet nie wiem kiedy. W efekcie wracam z pracy na tyle zmęczony, że ciężko mi kiwnąć palcem. Soboty najczęściej też spędzam w pracy. Potwierdza się stara prawda: do budowy łódki trzeba mieć nieograniczoną ilość wolnego czasu...
Dobrze, dosyć utyskiwania.

W końcu się zmobilizowałem. Nie wiem, co zaważyło - listy od czytelników www.port21.pl, sukcesy moich kolegów po fachu – Panów Połysa i Affanasowicza, docinki znajomych, ambicja? Pewnie wszystko po trochu. Myślę, że po prostu zbierałem się w sobie i czekałem na okazję. I doczekałem się.
Ale po kolei. Pierwszym krokiem po odwróceniu kadłuba i wstawieniu go pod dach, był montaż skrzyni balastowej. Skrzynię podarował mi kolega (dzięki, Tadziu). Co niezwykłego jest w montażu skrzyni balastowej? Może to, że z płetwą balastową waży około 200 kilogramów, a monter nie ma do dyspozycji dźwigu, widlaka itp. Dysponowałem jedynie pożyczoną wciągarką łańcuchową. Podwiesiłem ją do konstrukcji dachu. Na haku podwiesiłem moją skrzynię i zacząłem powolutku podnosić. Cały czas nasłuchiwałem, czy dach nie trzeszczy, chcąc pogrzebać mnie i, co gorsza, moją łódkę. Wszystko poszło gładko, chociaż skrzynia była podnoszona i opuszczana dziesiątki razy zanim udało mi się ją w końcu wpasować w stępkę i denniki. Tajemnicą poliszynela niech pozostanie fakt, że pasowanie płetwy w stępce okazało się tak precyzyjne, że płetwa jeszcze przez długie miesiące nie chciała wychylić się na światło dzienne.
 
 
Po udanym wklejeniu skrzyni balastowej nadszedł czas na konstrukcję pokładu i pokładówki. I tu dopadł mnie ogólnoświatowy kryzys oraz wymienione na wstępie względy obiektywne, które zablokowały prace na długie miesiące. Myślę też, że powstrzymywała mnie wizja roboty, w której postęp byłby trudno zauważalny, a wodowanie łódki odwlekałoby się w czasie o kolejne lata. Poczekałem więc, aż moja pozycja w nowej pracy ustabilizowała się na tyle, że mogłem poprosić szefów o umożliwienie dokończenia budowy w firmie. Kiedy to nastąpiło, pożyczyłem z pracy przyczepkę, na którą załadowałem łódkę i przewiozłem ją do firmy. Załadunek łódki na przyczepkę, który normalnie wydaje się sprawą trywialną, zajął mi kolejne 2 dni. Przyczyna? Ta sama, co poprzednio, a więc konieczność podniesienia łódki (tym razem już z balastem, a więc około pół tony) w niskim warsztacie, bez pomocy dźwigu, przy pomocy rzeczonej już wciągarki łańcuchowej o udźwigu 500 kg. Wydaje się niemożliwe? Faktycznie, do kompletu brakuje mojego lewarka samochodowego, który okazał się kluczowy w całej operacji.

Podnoszenie zacząłem od dziobu, zakładając, że balast, przesunięty lekko do dziobu, będzie najtrudniej dźwignąć. Jeden koniec pasa podnośnego przywiązałem do kalenicy na stropie, przełożyłem pod łódką tak, aby obejmowała też wystającą płetwę balastową, a drugi koniec podwiesiłem na haku wciągarki. Co się działo przy wyciąganiu łańcucha? Nietrudno zgadnąć, że przy nieruchomym końcu pasa łódka unosiła się, ale jednocześnie przechylała na burtę. I tu na scenę wkracza lewarek. Uniesioną i przechyloną łódkę unosiłem delikatnie na lewarku podstawionym pod płetwę balastową. Powodowało to delikatne poluzowanie pasa podnośnego. Wtedy wystarczyło tylko uwiesić się na burcie, żeby łódka odzyskała pion. Należało przy tym uważać, by lewarek nie przewrócił się pod łódką. Taka jednorazowa operacja unosiła przód łódki o mniej więcej centymetr. Pod koniec dnia przód był uniesiony na około 65 cm, co dawało szansę na wsunięcie pod nią przyczepki.

A co z rufą? Nie miałem drugiej wciągarki, ale czułem, że nie jest potrzebna. Rufa była bowiem na tyle lekka, że po jej podwieszeniu na pasie, unosiłem ją powoli na własnych plecach, a asystujący mi syn wybierał luz na pasie. W ten sposób unieśliśmy całą łódkę na 65 cm. Nadszedł w końcu moment strachu, kiedy lewarek został opuszczony, a cała łódka zawisła na pasach. Nic się nie zawaliło, ale łódka opuściła się o kilka centymetrów i tego już nie dało się odzyskać.

Skompensowaliśmy to spuszczając powietrze z kół przyczepki. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i wypychamy ławę montażową spod kadłuba. Przez długie minuty łódka wisi nad betonem. W tym momencie pęknięcie któregokolwiek z elementów oznaczałoby prawdopodobnie koniec bajki. Nic nie pękło, a przyczepkę z niewielkimi problemami udało się wsunąć pod łódkę. Dopasowujemy drewniane łoża, pianki ochronne i powoli opuszczamy łódkę. Pompujemy z powrotem koła, naciągamy pasy transportowe i w drogę! Pół godziny później łódka jest już pod dachem (co prawda brezentowym) w nowym miejscu. Tutaj czeka ją ostatni etap budowy.

fot. autor
 
 
 



 
 


   

 
  Linki sponsorowane
 
 
 
 
 
      Index / Porady szkutnicze    
     
  Copyright © 2002-2009 Magazyn Wodniaków Port21.pl
Redakcja Port21.pl | Reklama w internecie | Photo Stock | Promocja regionów i turystyki | Projektowanie stron
Projektowanie stron i pozycjonowanie stron 
     
Spis treści Redakcja Technika Listy Cała naprzód Galeria English version Port21.pl Hot news Encyklopedia Na wiatr Czartery Mesa Pomoce nawigacyjne Porady