Na pokład RAGTIMA, cumującego akurat w Marinie Gdańsk, wchodzi Adam i Jacek. Siedzimy w kokpicie i gaworzymy. Rozmawiamy – rzecz jasna – o łódkach w ogóle, a o stylowych w szczególności. Panowie pokazują zdjęcia dość sporego, drewnianego kadłuba, który od roku odbudowują gdzieś w Norwegii. Kadłub jest już właściwie „wydźwignięty” z ruiny. Przyszedł czas na wnętrze, takielunek, ster, okucia i wszystko to, co się wiąże z adaptowaniem kadłuba jednostki motorowej na jacht żaglowy. Na fotografiach niewiele widać – duża łódź, namiot postawiony niemal na niej – więc nie da się sfotografować całego kadłuba.
Na podstawie kilku starych fotografii, konsultacji mailowych z Adamem, a także z wyobraźni rysuję kadłub w widoku z boku. Powstają trzy wersje ożaglowania – szkuner gaflowy z topslami, kecz gaflowy oraz kecz Va-Marie. Przesyłam rysunki do Norwegii. Okazuje się, że szkielet sterówki oraz pokładówki już stoi, zaś armator zdecydował się na ożaglowanie typu kuter gaflowy. Też dobrze. Dosyłam czwarty szkic. Aby „policzyć łódkę” niezbędne staje się „zdjęcie” linii teoretycznych kadłuba. Na początku listopada 2008 roku, mogę wreszcie zobaczyć na własne oczy łódź, nad którą od ponad roku pracuje polska ekipa. Cofnijmy się jednak w czasie.
Zabetonowany dziób trzeba było „odkuć”
Jest rok 1952. Na zamówienie panów Larsen - ojca i dwóch synów - powstaje 40-stopowa łódź określana w Norwegi jako typ Hekkbåt. Latem i jesienią służyła do połowu homarów, natomiast zimą i latem ciągnięto sieciami ryby. Jednostka była wyposażona w echosondę – niezbyt często spotykaną w tamtych latach na kutrach – co pozwalało znajdować nowe, dotychczas nieznane płycizny, na których połowy homarów były bardzo obfite. Kuter nosił nazwę ONA. Jeden z synów - Rolf Larsen – wspomina: „Zimą 1953 roku, wszystkie łodzie używały sieci bawełnianych do łowienia dorszy, my też takich używaliśmy. (...) Kiedyś kupiliśmy nić nylonową, upletliśmy dwie nowe sieci i zabraliśmy na pokład wraz innymi sieciami, które mieliśmy. Pierwszego dnia połowu, gdy wyciągnęliśmy sieci efekt był taki, że najlepsze, co mieliśmy w starych sieciach, to było 11 sztuk dorsza, a w sieciach nylonowych wyłowiliśmy 36 w jednej i 38 sztuk w drugiej. Wtedy bez wahania zamówiliśmy sieci nylonowe. (...) Z czasem doszliśmy wniosku, że łódź jest za mała.”
Wiosną roku 1955 kuter został przedłożony o 5 stóp (1,5 m), mimo to okazał się jeszcze za mały, zwłaszcza do połowu śledzi w zimie. Panowie Larsen kupiwszy nową 52-stopową łódź NORØY, sprzedają stary kuter. Nowa łódź przejmuje imię starego kutra – ONA, zaś stary otrzymuje imię nowonabytej – NORØY. Wreszcie NORØY trafia w ręce obecnego armatora. Ustawiony nad brzegiem fjordu kadłub, osłonięty zostaje namiotem rozpiętym na drewnianym szkielecie. Prace prowadzone przez norweskich szkutników mają na celu naprawę pokładu. Jak to jednak bywa, okazało się że ząb czasu i intensywna eksploatacja znacznie bardziej, niż to się początkowo wydawało, nadszarpnęła strukturę starego kadłuba.
Cały pokład jest nowy...
Przy jachcie pracuje ekipa norweskich szkutników. Mają za zadanie wyremontować pokład. W lecie 2007 roku do remontu nadbudówki zaangażowany zostaje Jacek, który stwierdza, że sterówka nie tyle wymaga remontu, co należy ją zbudować od nowa, a tę dobrze by było postawić na zdrowym pokładzie, a nie takiej łataninie (właściwsze będzie tu słowo „partanina”) jaką robią Norwedzy. Wnikliwa inwentaryzacja ukazuje właściwy zakres robót - także kadłub – i to cały - wymaga gruntowego remontu. Armator zwalnia swoich rodaków. Na jesieni do prac włącza się Adam. Stary pokład zostaje w całości zdjęty. Skrajnik dziobowy, oddzielony od wnętrza szalowaną deskami grodzią okazuje się być zalany betonem. Do prac szkutniczych niezbędny jest młot elektryczny (sic!). Wymienione zostają wszystkie klepki poszycia zewnętrznego powyżej linii wodnej i kilka poniżej wodnicy. Ostały się jedynie trzy stare wręgi, pozostałe są wymienione bądź wzmocnione, niektóre zdublowane. Zostają zamocowane nowe wzdłużniki pokładnikowe, na których opiera się nowy szkielet pokładu. Na wyciągniętych ponad pokładem wręgach zamocowane jest nadburcie. Powstaje nowa sterówka i pokładówka mesy. Konchę poszywa układana diagonalnie klepka. Wszystkie otwory poszycia zostają zakołkowane. Całe poszycie zostaje uszczelnione tradycyjnymi metodami (dychtowanie i kliny), oszlifowane i pomalowane farbami gruntowymi, a następnie nawierzchniowymi, dno pokrywa powłoka przeciwporostowa. Pokład pokryty jest sklejką, na której ułożone są teakowe klepki. Pokład dziobowy zdobi intarsjowana teakowa róża wiatrów.
Odbudowa konchy
Polska ekipa pracująca przy jachcie liczy od 2 do 5 osób - zależnie od potrzeb. Mocowanie watersztagów, podwięzi wantowe, sztagownik i obejma bukszprytu, opętnik i okucie stopy masztu i inne niezbędne okucia gną i spawają sami. Tak jest szybciej i nie ma obawy, że coś nie będzie pasować. Drzewca – maszt, bom, gafel i bukszpryt – klejone z listew powstaną w Polsce. Żagle uszyją polscy żaglomistrze, zapewne nowa stalowa, profilowana płetwa sterowa, poruszana siłownikami hydraulicznymi też będzie polskiej produkcji...
Więcej zdjęć z odbudowy tego pięknego rybackiego kutra:
Dane techniczne:
długość LOA 18,00 m długość LOD 14,00 m szerokość 3,73 m zanurzenie 1,80 m wyporność do KLW 22000 kG wysokość nad KLW 16,10 m
powierzchnia żagli 102 m2 grot 51 m2 grottopsel 12 m2 fok 16,5 m2 fok II 12,5 m2 kliwer 22,5 m2