| |
|
 |
|
moja łódka - czyli zwierzeń szaleńca c.d.
część 21
01.04.2010 |
Piotr Targowski | | Wyślij artykuł | Drukuj
|
|
Zima jest wyjątkowo wredna. Ciągnie się nieprzyzwoicie długo. Może trzeba by się na bojery przerzucić? Na moją budowę specjalnie to nie wpływa. Dalej działamy w trójkę, kilka razy w tygodniu plus cała sobota. Ponieważ łódka jest mała (żeby nie powiedzieć: za mała), nie ma w niej miejsca dla nas wszystkich. Dzielimy się więc zadaniami. Chłopaki robią „masówkę”, czyli pokład, nadbudówkę, kokpit i inne duperele. Ja zająłem się takimi detalami jak maszt, bom, salingi, rumpel, spinakerbom, itd. Łódce wyjdzie to na zdrowie. Chłopcy są szybcy, ja jestem dokładny, więc dobrze się uzupełniamy.
Generalnie sprawdziły się moje obawy. Z łódką, jak z domem, wykańczanie jest najgorsze, najbardziej żmudne, najbardziej kosztowne i w ogóle najbardziej... Gdzieś tam w przypływie optymizmu (czytaj: naiwności) powiedziałem sobie, że nie dbam o detale, że łódka ma się nadawać do pływania, a detalami zajmę się następnej zimy. Niestety, tak się nie da. Można sobie darować złote klamki i intarsje, ale półeczki, szafki, blaty, jaskółki... To jest sto tysięcy drobiazgów, których wykonanie zabiera czas i odwleka zakończenie budowy. Zwłaszcza, że są rzeczy w środku (np. koje), których nie da się zrobić „potem”, bo po zadaszeniu nadbudówki zwyczajnie nie wejdą do środka.
Sporo czasu zabrała niezatapialność. W skrócie, niezatapialność u mnie sprowadza się do 600 l piany. Ponieważ brak jest generalnie komór do wypienienia, piana została pocięta na płyty o grubości 10 cm. Z tak przygotowanych płyt wycinamy formatki pod każdy kawałek pokładu. Ponieważ tego jest trochę za mało, a dodatkowo zachodzi obawa, że łódka będzie nieco cięższa, niż chciałby projektant, zdecydowałem wrzucić jeszcze piankę pod koje. Jest jeszcze jeden szczegół: pianka o komórkach zamkniętych, czyli nie chłonąca wody jest droga. Najprostsza pianka (czytaj: najtańsza) jest jak gąbka. Po jednym sezonie na wodzie łódka straciłaby swoją niezatapialność. Zamknęliśmy więc komórki pianki w najprostszy możliwy sposób: oblaminowując każdą dociętą formatkę i dopiero wtedy przyklejając ją do pokładu.
|
| |
|
|
| |
Dach pokładówki okazał się też ciekawym wyzwaniem. Projektant założył dach z 2 warstw sklejki 4 mm. Wielkość dachu jest taka, że nie da się pokryć go całymi arkuszami, ani w jedną, ani w drugą stronę. Pocięliśmy więc sklejkę na kawałki. Spróbowaliśmy ją ułożyć na sucho. Niestety, układała się fatalnie. Generalnie była to składanka płaskich kawałków, a nie płynna powierzchnia. Wtedy pojawił się pomysł, żeby skleić kawałki w jedną płytę, wtedy powinna się ładnie obgiąć. Byłby to dobry pomysł, gdyby nie drobiazg – dach nie jest rozwijalny, ma krzywiznę w obu kierunkach. Stwierdziliśmy więc, że kawałki drugiej warstwy będą się mijać krawędziami z tymi z pierwszej, więc krzywizna po sklejeniu powinna się sama upłynnić. Jednakże wiedząc z doświadczenia, że w przyrodzie nic nie dzieje się samo z siebie podejrzewaliśmy, że górna warstwa może nie przylegać dokładnie do dolnej. Byliśmy już uzbrojeni w pistolet ze zszywkami, ale baliśmy się, że to nie wystarczy. Skleiliśmy więc obie warstwy „na mokro”, czyli przełożyliśmy je tkaniną 300 g. Po sklejeniu, zszyciu, skręceniu i utwardzeniu dach wyszedł średnio płynny. Nierówności wypełniliśmy beharcem. Czy wiecie, co to jest beharc? Otóż jest to neologizm, który powstał w mojej firmie dla określenia żywicy klejowej z mikrofibrą. A skąd nazwa? Specyfik ten sprowadzamy z Niemiec, gdzie nosi on słuszną nazwę Klebeharz. Ale dla naszych ludzi nie był to Klebeharz, tylko „klej beharc”. I tak powstał beharc i stał się słowem obowiązującym w naszej firmie dla określenia tegoż materiału.
fot. autor
|
| |
|
|
|
|
|