| |
|
 |
|
moja łódka, czyli zwierzeń szaleńca c.d.
część 23
19.05.2010 |
Piotr Targowski | | Wyślij artykuł | Drukuj
|
|
Zawsze fascynowały mnie duże konstrukcje drewniane. W starych kościołach zamiast kontemplować przydługie kazania, ja kątem oka oglądałem stare solidne konstrukcje. Podziwiałem kunszt dawnych cieśli, zaciosy potężnych belek, czopy, dyble, zamki, najczęściej bez jednego gwoździa. Podziwiałem, ale zawsze miałem stracha, że sufit w każdej chwili może mi się zwalić na głowę, ze starości oczywiście. Potem chyba pierwszy raz odwiedziłem nowoczesną halę sportową, której dach opierał się na przęsłach drewnianych wygiętych w piękny łuk. Szczęka mi wtedy opadła najpierw na brodę, a potem do kolan, kiedy zobaczyłem, że przęsła są klejone z niezliczonych cienkich desek.
Ta fascynacja „klejonką” została mi do dziś. Dlaczego więc moje wręgi nie są klejone, tylko ordynarnie wyrżnięte z desek? No cóż, gdyby wręgi robiło się pod koniec budowy łódki, to pewnie bym się pokusił. Ponieważ jednak łódkę zaczyna się od wręgów, a ja wtedy nie umiałem nawet rozpoznać kierunku słojów w desce, szczęśliwie dla łódki „klejonkę” zostawiłem w spokoju. Już wtedy wiedziałem jednak, że do tego wrócę.
Konstruktor mojej łódki najwyraźniej nie podzielał moich fascynacji, ponieważ łódka jest zaprojektowana bez giętych fanaberii, maksymalnie prosto, maksymalnie łatwo. Postanowiłem być sprytniejszy i udziwnić to i owo tak, aby sprawdzić jak działa „klejonka”. Zacząłem od spinakerbomu. Zamiast ordynarnej aluminiowej rury zapragnąłem sporządzić drewnianą belkę o wrzecionowatym kształcie i średnicy przekroju od 25 mm na końcach do 60 mm w środku. Widziałem już kiedyś takie wrzeciona, pięknie wytoczone z pojedynczej kantówki. Po kilku latach wygięły się w piękny łuk, czyniąc spinakerbom bezużytecznym. Aby tego uniknąć, skleiłem mój bom z 3 listew. Żeby było śmieszniej, wszystkie 3 wyciąłem z tej samej deski, więc 2 z nich miały słoje prostopadłe a jedna równoległe do powierzchni. Skleiłem je w całość w sposób symetryczny tak, aby kierunki ewentualnego paczenia listew wzajemnie się znosiły. Czy pomysł był trafny okaże się za parę lat.
|
| |
|
|
| |
I tak zrobiłem swoją pierwszą „klejonkę”. Byłem dumny, ale bardzo krótko. Bo co to za klejonka bez gięcia ! Postanowiłem pójść na całość i zrobić rumpel trochę bardziej fantazyjny. Najpierw z odpadów desek i sklejki (proekologiczne zboczenie!) skleciłem szablon mojego rumpla. Przypominał chorego wieloryba, ale zupełnie przez przypadek. Następnie pociąłem na pięciomilimetrowe listwy dębową deskę. Ku mojemu zdziwieniu listwy wcale nie zamierzały się dogiąć do mojego wieloryba.
Odrzuciłem koncepcję klejenia z obłogów, bo po pierwsze takowych nie miałem, a po drugie szkoda mi wyciągać tak ciężkiej artylerii na taki detal. Poczytałem więc tu i ówdzie w sieci o metodach zmiękczania drewna. Na parowanie nie miałem odpowiedniej infrastruktury (wtedy), pozostała mi więc... gorąca kąpiel. I to kąpiel bardzo dosłowna, ponieważ wykorzystałem do tego moją piękną wannę ku przerażeniu żony. Jej przerażenie wkrótce sięgnęło zenitu, kiedy kąpiel zabarwiła się na ciemny brąz. Po godzinie wyciągnąłem więc moje listewki i spróbowałem doginania. I udało się! Stare ściski poszły w ruch i wkrótce wieloryb uzyskał dębową czapeczkę. Poleżał przez noc pod kaloryferem i, o dziwo, rano czapeczka zachowała swój kształt po zdjęciu ścisków. Powtórzyłem więc operację smarując najpierw listwy epoksydem. W efekcie uzyskałem rumpel, który mój syn uznał za „wygląda jak ze sklepu”, cokolwiek by to miało znaczyć. Z marszu zrobiłem jeszcze bom, o tyle prosty, że z 2 desek, chociaż z likszparą. Uzbrojony w takie doświadczenia uznałem się za gotowego do wykonania drewnianego masztu. Ale to już osobna historia...
fot. autor
|
| |
|
|
|
|
|