| |
|
 |
|
moja łódka – czyli zwierzeń szaleńca c.d.
część 24
29.06.2010 |
Piotr Targowski | | Wyślij artykuł | Drukuj
|
|
Historia masztu jest długa i burzliwa. Przydługa, bo trwała prawie 5 miesięcy, a burzliwa, bo różne koncepcje ścierały się i walczyły ze sobą także w trakcie prac nad masztem. Kwestia zasadnicza – dlaczego drewniany? Jak już wspominałem, wizja łódki zakładała od początku drewniane wykończenie, więc drewniany maszt jakoś się z tym komponował. Z drugiej strony przecież to nie oldtimer! Łódka ma nowoczesną, prawie „regatową” linię, więc gdzie tu miejsce na drewniane patyki? Tym bardziej, że konstruktor łódki założył, co prawda, możliwość opcjonalnego wykonania drewnianego masztu, ale o konstrukcji skrzynkowej. To już mi w ogóle nie pasowało, wydawało się toporne, z grubsza ciosane. Chciałem masztu opływowego ale drewnianego. I do tego pięknego. Niemożliwe? Zobaczymy...
Inspiracji dostarczył mi artykuł Stefana Eknera, opisujący technologię klejenia drzewca z 8 frezowanych listew. To było właśnie to, czego szukałem! Opływowy, owalny przekrój, zmienny po długości, prosty (jak mi się wtedy wydawało) w wykonaniu. Klamka zapadła. Pozostał jeden mały problem. Zafascynowany pomysłem zapomniałem, że maszt na łódce to nie obelisk do podziwiania, ale ma na sobie nieść parę ładnych metrów kwadratowych szmat. Konstrukcja Stefana w zasadzie sugerowała grota na segarsach lub pełzaczach na szynie. Segarsy na mojej „regatowej” łódce? W życiu! Szyna Fuj! Nowoczesne maszty mają
likszpary. Zresztą, stare Omegi też miały drewniane maszty z likszparą i do dzisiaj pływają. Należałoby może dodać, że postawienie grota na takiej Omedze bywało czasami wyczynem karkołomnym, bo liklina tarła okrutnie w napęczniałej od wilgoci likszparze. Czyli podsumujmy: maszt drewniany, klejony z listew, z likszparą „niezacieralną”. Niemożliwe? Zobaczymy...
Samo wprowadzenie likszpary nie wydawało się skomplikowane. Dwie listwy z wyfrezowaną połówką szpary, sklejone ze sobą tworzą zgrabną rurkę ze szparą. Dokładnie tak samo wyglądał mój bom, więc nie widziałem problemu. Gorzej z „niezacieralnością”. Tu już pomysłów było więcej. Po pierwsze: kilkakrotne lakierowanie. Tak zrobiłem na bomie. Jest jednak mała różnica – lik w bom jest wprowadzany raz na całe życie, a w maszt co najmniej raz dziennie. Nie chciałem spekulować po jakim czasie lakier się wytrze i jak wtedy będę sobie radził. Po prostu odrzuciłem koncepcję. Drugi pomysł wydał mi się genialny i godny patentu. Oblaminować likszparę od środka! Teoretycznie wydawało się to banalnie proste: połówki likszpary laminować, a potem skleić ze sobą. Na szczęście nie sprawdziłem tego w praktyce. Przypomniałem sobie bowiem, jak wrednie zachowuje się zbrojenie na krawędziach podczas laminowania, jak zgrabnie odłazi od brzegów, pozostawiając piękne pęcherze powietrza.
|
| |
|
|
| |
I znowu pomoc nadeszła od Stefana – poradził mi likszparę aluminiową! Muszę przyznać, że wcześniej do głowy mi nie przyszło, że można pożenić drewniany maszt z aluminiowym profilem na likszparę. Był tylko znowu mały problem: połówki mojej drewnianej likszpary były już docięte i wyfrezowane. Szkoda mi było ich wyrzucać. Poza tym, odrzuciłem jako ordynarną koncepcję przykręcania profilu na zewnątrz masztu. Na szczęście znalazłem profil, który w całości schował się w drewnie. Średnica likszpary zmalała przez to z 15 do 9 mm, ale miałem to co chciałem. Koncepcja gotowa, czas na realizację. I tu jak zwykle zaczęły się schody....
Wspomniałem o zmiennym przekroju. Aby to uzyskać dokonałem najpierw skomplikowanych rachunków, aby przełożyć średnice masztu na poszczególnych wysokościach na szerokości listew w tych przekrojach. Tak uzyskane punkty upłynniałem giętką na desce przed wycięciem listew. Nie przewidziałem, że łączenie listew po długości zniweczy płynność krzywej. W efekcie po sklejeniu listew do pełnej długości uzyskałem listwy „połowicznie” płynne, z przewężeniem pośrodku. Łudziłem się jeszcze naiwnie, że ten błąd „wygubi się” po sklejeniu listew w całość. Wygubiło się w ten sposób, że cały maszt jest lekko przewężony w połowie. Nie jest to na tyle rażące, żeby rąbać maszt na kawałki, ale lekki niesmak pozostawia. Tak przygotowane listwy przed sklejeniem w całość postanowiłem jeszcze lekko „podsuszyć” w trosce o jakość klejenia. Przeniesione do ciepłego suchego pomieszczenia listwy nagle ożyły, wyginając się i skręcając w piękne fantazyjne kształty. Jakby tego było mało, mimo że ułożone w najmniej uczęszczanym kącie hali, ciągle komuś przeszkadzały, ciągle ktoś po nich łaził, kalecząc moje pieczołowicie wyfrezowane krawędzie. Powichrowanie listew udało się zniwelować, sklejając maszt w całość. Natomiast stępione krawędzie po oszlifowaniu masztu pozostawiły szczeliny, które niestety przyszło wypełniać żywicą. Żywica miejscami powyciekała tworząc na sośnie piękne żółte plamy. Nie bałem się uznając, że ten nadmiar żywicy zeszlifuję po utwardzeniu. I tak się stało, tyle że po zeszlifowaniu żywica zniknęła, a plamy zostały. Musiałbym zeszlifować chyba z centymetr, żeby się ich pozbyć. Zostawiłem je więc zakładając znowu naiwnie, że przecież lakier też daje żółty odcień, więc plamy się „wygubią”. Dla nikogo pewnie nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że plamy zostały przez lakier tylko podkreślone, a nie zniwelowane.
I tak powstał mój maszt. Miał być niepowtarzalny i piękny. Niepowtarzalny jest z całą pewnością. A piękno jest tak subiektywne, że lepiej pomińmy tę kwestię. Pozostaje jeszcze pytanie, czy rzeczony maszt jest również mocny i wytrzyma bałtyckie sztormy. Uwzględniając moją amatorszczyznę należałoby w to głęboko wątpić. Traf chciał, że maszt został poddany próbie wytrzymałościowej tuż po wykonaniu. Kiedy już położyłem go na kobyłkach, żeby łatwiej było obrabiać, odwiedził mnie żaglomistrz, żeby upewnić się, że jego żagle będą tolerować moje patenty. Ogląda ten maszt, ogląda, nosem kręci, obraca, obraca i bach! Top masztu poleciał z wysokości 1,2 metra na beton. Żaglomistrz zdołał tylko wykrztusić: „o k....” i zbladł odrobinę. A maszt? Odbił się od betonu z odgłosem kauczukowej piłki bez choćby jednej rysy. I wtedy chyba dopiero uwierzyłem, że ten patyk jeszcze niejedno wytrzyma...
fot. Piotr Targowski
|
| |
|
|
|
|
|